Rozmowa jest gotowa od kilku tygodni. Wiadomo, o czym ma być, wiadomo z kim, wiadomo mniej więcej, jak się skończy. Nie odbywa się, ponieważ za każdym razem pojawia się powód, który brzmi rozsądnie. Tamten ma trudny tydzień. Przed urlopem nie wypada. Po urlopie trzeba dać człowiekowi wrócić. Pod koniec kwartału wszyscy są zmęczeni, na początku kwartału nie warto psuć rozpędu. Żaden z tych powodów nie jest zmyślony i to jest w całej sprawie najbardziej niewygodne: zwłoka nie potrzebuje kłamstwa. Wystarcza jej prawda odpowiednio dobrana.
Warunki, na które czekam, mają jedną wspólną cechę: odnawiają się. Trudny tydzień kończy się i zaczyna następny, też z jakiegoś powodu trudny. Przed jednym urlopem jest kolejny. Kwartał ma zawsze początek i koniec, a środek jest za krótki, żeby zdążyć. W ten sposób można odkładać rozmowę przez rok i przez cały ten rok mieć spokojne sumienie, bo przecież jej nie odmówiłem. Przesunąłem ją tylko na lepszy moment, który z jakiegoś powodu nigdy nie jest tym, w którym akurat stoję.
Cierpliwość i zwłoka wyglądają z zewnątrz identycznie. W obu przypadkach nic się nie dzieje, w obu ktoś czeka, w obu da się to uzasadnić troską o drugiego. Różnią się tym, kogo w istocie chronią.
Cierpliwość odkłada rozmowę dla dobra tego, kto ma ją usłyszeć. Chce, żeby nie dostał ciosu w dniu, w którym nie ma czym go przyjąć. Chce, żeby usłyszał to w miejscu, gdzie może odpowiedzieć, a nie na korytarzu, nie przy ludziach, nie w przelocie. Chce sprawdzić fakty, zanim je wypowie, bo trudna prawda podana z błędem przestaje być prawdą, a zostaje trudność. Zwłoka odkłada rozmowę dla dobra tego, kto ma mówić. Chce jeszcze tydzień nie patrzeć na cudzą twarz. Chce jeszcze tydzień być lubiana. Chce nie ryzykować, że tamten odpowie coś, na co nie ma gotowej odpowiedzi. Obie używają tych samych słów. Tylko jedna z nich mówi prawdę o sobie.
Rozdziela je rachunek za kolejny tydzień czekania, choć nie jest przyjemnie go wystawiać. Jeżeli tamten w tym czasie pracuje dalej w błędzie, buduje na czymś, co nie ma przyszłości, układa plany wokół decyzji, o której już wiem, że ich nie udźwignie, a ja w tym samym tygodniu mam po prostu lżej, to rachunek jest jasny. Moje czekanie kosztuje jego, a oszczędza mnie. Cierpliwość tak nie działa. Cierpliwość, gdy zwleka, płaci sama: znosi niepokój, że sprawa wisi, pilnuje, żeby w międzyczasie nikt nie ucierpiał, wyznacza sobie termin i go trzyma. Zwłoka nie ma terminu. Zwłoka czeka, aż warunki zmienią się same, czyli czeka na coś, co nie przyjdzie, bo warunki nigdy nie układają się tak, żeby trudna prawda była za darmo.
Nie potrafię z zewnątrz rozpoznać, które z tych dwóch dzieje się w cudzym życiu. Nie znam czyichś warunków, sił ani ryzyka; są sytuacje, w których człowiek słusznie milczy, ponieważ słowo wypowiedziane z pozycji przewagi zmiażdży, a nie oczyści, albo ponieważ nie ma jeszcze pewności, co właściwie wie. U siebie natomiast tę różnicę widzę zwykle dopiero po zadaniu pytania o zapłatę. Wcześniej wszystko brzmi jak rozwaga.
„Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem:”
Dalej idzie znana lista par, a w niej ta, która mnie tu dotyczy: milczenie i mówienie. Łatwo przeczytać ten tekst jako zgodę na czekanie. Skoro jest czas mówienia, to widocznie jeszcze nie nadszedł; gdyby nadszedł, poznałbym to po warunkach. Tylko że Kohelet nie daje kalendarza. Kilka wersów dalej mówi, że Bóg uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, lecz człowiek mimo to nie ogarnia całości Jego dzieła od początku do końca (Koh 3, 11). Godzina jest wyznaczona, ale nie mnie do odczytania z okoliczności.
To rozstrzyga dwie rzeczy jednocześnie i żadnej z nich nie wolno mi zgubić. Po pierwsze, czas milczenia jest realny. Nie jest wymysłem człowieka, który się boi; jest osobną pozycją na liście, równoprawną z mówieniem. Kohelet nie każe mówić wszystkiego wszystkim ani nie nazywa gwałtowności odwagą. Po drugie, skoro nie znam wyznaczonej godziny, nie mogę czekać, aż ogłoszą mi ją warunki. Na liście Koheleta nie ma czasu, w którym prawda nic nie kosztuje. Jest czas mówienia i czas milczenia, oba płatne, tylko w różnej walucie i przez różne osoby.
Stąd rzecz, którą rozumiem dopiero od niedawna. Właściwy moment nie jest tym, w którym cena spada do zera. Często rozpoznaje się go dopiero z drugiej strony, po fakcie, i rozpoznaje się go po jednym: ktoś zgodził się zapłacić. Warunki nie stały się dobre. Stały się wystarczające, ponieważ mówiący dołożył brakującą część z własnej kieszeni: niezręczność, czyjś gniew, utratę sympatii, wieczór, w którym już nic innego się nie zrobi. Dobry czas nie tyle nadchodzi, ile bywa wybrany, a wybór polega na zgodzie na koszt, nie na jego zniknięciu.
Koszt zwłoki tymczasem nie znika. Zmienia tylko adres i termin płatności. Tamten dowie się później, a wtedy dowie się także, od jak dawna wiedziałem. Do jednej trudnej prawdy dołączy druga, gorsza: że przez cały ten czas pozwoliłem mu żyć w błędzie, bo mnie tak było wygodniej. Cena rozmowy dzisiaj to jej treść. Cena rozmowy za pół roku to ta sama treść plus pół roku, o które go okradłem, zachowując przy tym poczucie, że jestem delikatny.
„czas milczenia i czas mówienia”
Nie wiem, kiedy ta rozmowa powinna się odbyć u kogoś innego. Wiem, że odkładając ją u siebie, nie unikam zapłaty. Rozstrzygam tylko, kto ją poniesie, w jakich ratach i czy dowie się o tym wcześniej niż z rachunku. Wybór terminu pozostaje mój. Cena również.
Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.
WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO