RAPORT Z POLA WALKIMATEUSZ OCHMAN

MIŁOŚĆ · WOLNOŚĆ · ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Jego cios nie jest moją miarą

Odwet wygląda na odzyskanie kontroli. W rzeczywistości oddaje drugiemu projekt mojego następnego ruchu.

Najlepsze riposty przychodzą mi na schodach, kilka godzin po rozmowie. Ktoś przy ludziach powiedział jedno zdanie i zachował się przy tym poniżej własnego poziomu. Potem poszedł dalej. Ja idę do domu i zanim dojdę do drzwi, mam już odpowiedź. Pod prysznicem robię jej drugą wersję, krótszą. Wieczorem trzecią, w której nie ma ani jednego zbędnego słowa. Każda następna jest sprawiedliwsza od poprzedniej, bo odmierzona dokładniej: tyle, ile on zabrał, ani grama więcej.

Przy cholerycznym temperamencie poczytuję sobie za cnotę, że niemal zawsze próbuję odpowiedzieć proporcjonalnie. Nawet kiedy mam pod ręką broń z potencjałem burzenia miast, na kamień wolę odpowiedzieć kamieniem. A najlepiej – i coraz częściej mi się to udaje – nie schylać się już nawet po szyszki. Na strzelaniny nie chodzę z nożem. Jeżeli wiem, że czeka mnie konfrontacja, potrafię przygotować się do niej naprawdę solidnie. Tym bardziej trzeba pamiętać, że przygotowanie nie daje jeszcze prawa wykorzystać wszystkiego, co mam pod ręką.

Ta dokładność jest najbardziej pociągającą częścią całego zajęcia. Nie chcę go zniszczyć, chcę wyrównać. Odwet ma w sobie coś z odważania na wadze, a odważanie wygląda na uczciwość. Wystarczy jednak spojrzeć na przebieg tego wieczoru. On powiedział jedno zdanie i o dziewiętnastej już o nim nie pamiętał. Ja do północy produkuję dalszy ciąg jego wypowiedzi. Człowiek, który mnie zranił, został reżyserem mojego wieczoru, a ja o tym nie zdecydowałem. To wydarzyło się samo, w chwili, gdy przyjąłem jego cios jako jednostkę miary.

Bo tym właśnie jest zasada „tyle, ile on”. Oddaję mu prawo do ustalenia skali mojego działania. Im gorzej się zachował, tym gorzej mi wolno. Wygląda to na odzyskanie kontroli, a jest jej oddaniem: mój następny ruch został już zaprojektowany przez kogoś innego, ja mam go tylko wykonać. Nie znam innej sytuacji, w której tak chętnie zgadzałbym się na cudzy projekt własnego zachowania.

Nie zamierzam udawać, że niechęć we mnie nie mieszka. Mieszka i jest zasłużona. W dużej części to zwykła reakcja ciała na uderzenie: coś zabolało, wiem gdzie i wiem od kogo. Niechęć jest informacją i jako informacja jest prawdziwa. Problem zaczyna się, gdy awansuje z informacji na redaktora, czyli gdy zaczyna decydować, co powiem jutro. Znam smak zdania, które by go skończyło. Znam też najtrudniejszą część tej sprawy: wiele z tych zdań układanych na schodach jest prawdziwych. Prawda użyta jako narzędzie do wyrównania rachunku nadal pracuje na jego miarę, tylko z lepszą legitymacją.

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą.”

— Łk 6, 27

To zdanie ma złą sławę, bo zbyt często czyta się je jak nakaz zmiękczenia: znoś wszystko, uśmiechaj się do tego, kto rani, nie miej granic. A przecież w tym zdaniu nieprzyjaciel pozostaje nieprzyjacielem, a człowiek, który nienawidzi, nadal nienawidzi. Chrystus nie każe mi udawać, że jest inaczej. Mówi tylko, że cudza nienawiść nie ma projektować mojego działania. „Dobrze czyńcie” zakłada czyn wybrany przeze mnie, nie wymuszony przez to, co zrobił ktoś drugi. Uległość i odwet bywają bliźniacze: w obu przypadkach to cudze zło ustawia moje ruchy. Dobro zaczyna się tam, gdzie przestaję na nie tylko reagować.

Pismo Święte uczy dwóch rzeczy. Pierwsza: Bóg jest Miłością. Druga: Jego miłość ma niewyobrażalną siłę i równie niewyobrażalną rozpiętość. Jest w niej czułość słów: „Nawet gdyby matka zapomniała o swoim dziecięciu, ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49, 15) i „Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość” (Jr 31, 3). Jest też powaga sprawiedliwości: „Odpłaćcie jej według jej uczynków; jak postępowała, tak z nią postąpcie” (Jr 50, 29) oraz „Odpłaćcie jej tak, jak ona odpłacała, i oddajcie jej podwójnie według jej czynów” (Ap 18, 6). Miłość Boga nie jest bezradnością ani rozmyciem dobra i zła. Nie jest też danym mi pozwoleniem, by zająć Jego miejsce i urządzać komuś odpłatę.

Jest sytuacja, o której trzeba powiedzieć wprost. Gdy ktoś grozi, nęka, bije, kłamie na mój temat, próbuje zniszczyć moje dobre imię albo ma nade mną taką przewagę, że nie ma mowy o równym polu, dobro nie oznacza bliskości, kontaktu ani rozmowy. Dobro nie wymaga bezradności. Czasem znaczy: przerywam rozmowę, nazywam rzecz po imieniu, stawiam granicę i nie pozwalam, by cudza przemoc ustanawiała warunki dalszego kontaktu. Nie po to, by krzywda wróciła do nadawcy, lecz żeby nie stała się regułą gry.

Granica i odwet wyglądają czasem podobnie, ale patrzą w różne strony. Odwet chce, żeby druga strona poczuła to, co ja poczułem. Granica pilnuje tego, za co odpowiadam: żeby to się nie powtórzyło. Przebaczenie nie oddaje klucza do drzwi ani nie przywraca zaufania, gdy zostało zniszczone. Zdejmuje ze mnie tylko jedno zadanie: pilnowanie, żeby krzywda wróciła do człowieka, który ją wyrządził.

Ten ostatni ruch jest najtrudniejszy, bo najmniej widoczny. Mogę zrobić wszystko dobrze: powiedzieć nie, zakończyć rozmowę, nazwać rzecz po imieniu, nie wejść w cudzą grę. I nadal, wieczorem, na schodach, mogę układać w głowie scenariusz, w którym spotyka go dokładnie to, na co zasłużył. To życzenie jest ostatnim miejscem, w którym on jeszcze mną rządzi. Nie muszę mu go oddawać.

„Dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą.”

— Łk 6, 27

Chcę trzymać granice: mówić nie, utrzymywać odległość, szukać wsparcia, gdy go potrzebuję. I chcę, żeby zdanie, które układam na schodach, było moje, a nie dalszym ciągiem jego. Jego cios nie jest moją miarą. Granicę stawiam ja. Miarę też.

[ RAPORTY BEZ PILNOWANIA DAT ]

Nie przerywam tekstu paywallem. Zostawiam tylko najprostszą drogę do następnego Raportu.

ODBIERAJ KOLEJNE RAPORTY
[ MOŻESZ DOŁOŻYĆ SIĘ DO NASTĘPNEGO RAPORTU ]

Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.

WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO