RAPORT Z POLA WALKIMATEUSZ OCHMAN

PRAWDA · WYTRWAŁOŚĆ · NADZIEJA

Na to nie zakładają gipsu

Opanowanie nie musi być dowodem, że coś uniosłem. Bywa dowodem, że nic nie poczułem.

Złamana noga dostaje sześć tygodni (niestety zbyt dobrze wiem, co mówię). Nikt nie oczekuje, że czwartego dnia człowiek przejdzie na niej kilka kilometrów, a gdyby spróbował, ktoś by go od tego odciągnął. Gips jest widoczny, ma termin zdjęcia i zwalnia z tłumaczeń.

Strata nie dostaje gipsu. Po pogrzebie, po wiadomości, po rozmowie, która zamknęła coś na dobre, najpóźniej po tygodniu dzwoni telefon w zupełnie zwykłej sprawie i pada pytanie, które ma już w sobie właściwą odpowiedź: „Trzymasz się?” Grzecznie odpowiada się, że tak. Tej odpowiedzi uczy się bardzo szybko, bo widać, ile ulgi przynosi pytającemu.

Tak zaczyna się obowiązek normalności. Nie nakłada go nikt konkretny i dlatego trudno się od niego odwołać. Składa się z drobiazgów: z tego, że nie wypada drugi raz odmówić, gdy ktoś zaprasza, z tego, że po dwóch tygodniach nikt już nie pyta, i z własnego przekonania, że dorosły człowiek nie powinien być nikomu ciężarem. Rozczarowanie ma jeszcze mniej praw niż śmierć, bo nie ma ceremonii. Po sprawie, która nie doszła do skutku, po człowieku, który okazał się kimś innym, nie ma nawet tego jednego tygodnia. Ubytek jest realny, tylko nikt go nie widzi, więc nikt nie przyznaje mu czasu.

Strata, której nie dałem czasu, nie znika szybciej. Zmienia tylko miejsce. To, czego nie dopuściłem w tygodniu, w którym miało prawo być, wraca później, zwykle w porze i sprawie, które nie mają z nim nic wspólnego: w zniecierpliwieniu wobec kogoś, kto nie zawinił, w nocy, która nie chce się skończyć, w przedmiocie, którego nagle nie potrafię wziąć do ręki. Rachunek nie znika. Zostaje odłożony i dochodzą do niego odsetki.

Jest też drugi koszt, mniej oczywisty. Kto wraca do formy szybciej, niż ją odzyskał, odwołuje świadków. Ludzie, którzy chcieli zostać, przyjmują wiadomość, że nie trzeba, i odchodzą ze spokojnym sumieniem. I słusznie. Nie mogę mieć do nich pretensji, że uwierzyli w to, co im pokazałem, zamiast domyślić się czegoś przeciwnego. Zostaje się wtedy z tym samym, tylko już bez nikogo.

Tu muszę być wobec siebie uczciwy. Długo brałem opanowanie za dojrzałość. Umiem szybko wrócić do rytmu, umiem po trudnym dniu wstać rano i wykonać wszystko, co trzeba, poprawnie i bez awarii, i przez lata uważałem to za najlepszą rzecz, jaką o sobie wiem. Z czasem zauważyłem, że opanowanie ma dwa źródła, które z zewnątrz wyglądają identycznie. Jedno polega na tym, że coś udźwignąłem. Drugie na tym, że niczego nie poczułem, bo zamknąłem dostęp, zanim zdążyło zaboleć. Pierwsze jest siłą. Drugie jest tylko szybkością, a w swoim nie tak znowu krótkim życiu widziałem zbyt wiele akcji społecznych, by nie wiedzieć, że prędkość zabija.

Rozróżnia je jedna rzecz. Siła zostaje przy tym, co boli, i pozwala mu być tak długo, jak jest. Szybkość ucieka do przodu i nazywa to wytrwałością.

W piątkowe popołudnie na wzgórzu pod miastem stała mała grupa ludzi, o której zapisano tylko jedno zdanie.

„A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.”

— J 19, 25

Cały opis ich zachowania mieści się w jednym czasowniku. Nie działały, nie pocieszały, niczego nie organizowały i nikomu nie tłumaczyły, że to ma sens. Stały. Nie odeszły, kiedy nie dało się już nic zrobić, i nie udawały, że nic się nie dzieje. Były obecne przy wydarzeniu, którego nie mogły ani przyspieszyć, ani zatrzymać, i ta obecność jest całą zasługą, jaką im zapisano.

Ten, który tam wisiał, również niczego sobie nie skrócił. Ewangelie nie ukrywają ani Jego trwogi, ani modlitwy w Getsemani. Nie było w tym pozy ani słabości do zamaskowania. Był koszt, poniesiony w całości, w czasie, jakiego wymagał.

Zaznaczę to wyraźnie, żeby nie zrobić z tej sceny czegoś, czym nie jest. Żadna z tych kobiet nie stała tam po to, żeby cierpieć. Nie wybrały sobie tego miejsca jako ćwiczenia i każda wolałaby, żeby ten dzień nigdy nie nadszedł. Ból sam z siebie nikogo nie uszlachetnia. Nie jest dowodem cnoty ani tożsamością, którą można potem nosić jak dowód osobisty czy paszport. Kto wystawia go na widok, popełnia ten sam błąd co ten, kto go chowa: w obu wypadkach ból przestaje być prawdą o stracie, a staje się narzędziem, którym coś się załatwia. Stanie obok jest czymś innym. Jest zgodą, żeby rzecz trudna była tak duża, jak jest, i trwała tak długo, jak trwa, bez powiększania i bez skracania.

Psalm z tego samego dnia mówi, że moje losy są w Jego ręku. W hebrajskim — ponoć, tak wyczytałem kiedyś — stoi tam słowo, które znaczy raczej pory, czasy. Do Niego należy nie tylko wynik. Także tempo.

„A obok krzyża Jezusowego stały.”

— J 19, 25

Chcę umieć tak stać. Nie wracać do formy szybciej, niż ją odzyskałem, i nie robić ze straty widowiska. Wytrwałość, o którą mi chodzi, nie polega na tym, że przestaje boleć. Polega na tym, że nie udaję, że nic mi nie ubyło, i nie wydaję na siebie wyroku za to, że ubyło. Prawdzie o tym, co się stało, chcę dać tyle czasu, ile potrzebuje. Zwykle potrzebuje więcej, niż wypada, i mniej, niż się boję.

[ RAPORTY BEZ PILNOWANIA DAT ]

Nie przerywam tekstu paywallem. Zostawiam tylko najprostszą drogę do następnego Raportu.

ODBIERAJ KOLEJNE RAPORTY
[ MOŻESZ DOŁOŻYĆ SIĘ DO NASTĘPNEGO RAPORTU ]

Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.

WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO