Jest taki rodzaj czekania, który wygląda na sumienność. Człowiek wie, jaki ruch byłby uczciwy: telefon, którego nie wykonał od dwóch lat, powrót do sprawy porzuconej w połowie, pierwsza rozmowa z kimś, komu jest coś winien. Wie, i nie kwestionuje tej wiedzy. Dodaje do niej tylko jedno słowo: najpierw. Najpierw uporządkuję sobie życie. Najpierw udowodnię, że to nie jest kolejny zryw. Najpierw stanę się kimś, komu taki krok przystoi.
To „najpierw” brzmi jak pokora. Kto ja jestem, żeby teraz, po tym wszystkim, przychodzić z dobrą wolą. Działa jednak inaczej. Odkładany krok nie zostaje wykonany, a każdy miesiąc odkładania trafia do akt jako kolejny dowód, że rzeczywiście nie jestem gotowy. Człowiek, który czeka na moralnie lepszą wersję siebie, sam produkuje materiał przeciwko sobie. Im dłużej czeka, tym więcej ma powodów, żeby czekać dalej.
Warto zapytać, po co komu ta gotowość. Chodzi zwykle o to, żeby przyjść do dobra już naprawionym. Żeby nikt, a zwłaszcza ja sam, nie mógł powiedzieć, że nie zasłużyłem. Chcę wejść w nowy ruch bez długu, na własny rachunek, z pełnym pokryciem. Tylko że to nie jest skromność. To pragnienie, żeby nic nikomu nie zawdzięczać, także wtedy, gdy przychodzę prosić. Pod pozorem „nie jestem godny” kryje się często „nie chcę być komuś dłużny za to, że mnie przyjął”.
Trzeba tu rozdzielić dwie rzeczy, które w mowie potocznej nazywamy jednym zwrotem: liczyć się z przeszłością.
Pierwsza to odpowiedzialność. Długi są prawdziwe, także te, których nikt już nie egzekwuje. Skutki decyzji rozeszły się po ludziach i nie wracają dlatego, że zmieniłem zdanie. Pamięć o tym, co zrobiłem, nie jest chorobą do wyleczenia, lecz częścią prawdy o mnie, i lepiej ją nosić, niż ją zgubić. Kto ją odkłada, żeby poczuć się lżej, kłamie o sobie w drugą stronę. Ta część zostaje. Żaden dobry ruch jej nie kasuje i nie powinien nawet próbować.
Druga rzecz to coś innego: przyznanie przeszłości wyłącznego prawa do opisywania przyszłości. To ta cicha formuła, która pojawia się w głowie, zanim zdążę pomyśleć: ktoś taki jak ja tego nie robi. Ktoś taki jak ja nie dzwoni po latach. Ktoś taki jak ja nie ma prawa zaczynać uczciwie, skoro tyle razy zaczynał nieuczciwie. Ta formuła nie jest sumieniem. Sumienie mówi o czynach, ona mówi o tożsamości. Nie nazywa długu, wydaje wyrok, i to wyrok bez sędziego, bo nikt go nie ogłosił, a jednak wykonuje się sam.
Odpowiedzialność patrzy wstecz i wie, co jest winna. Wyrok patrzy naprzód i zabrania. Można mieć pierwsze bez drugiego. Więcej: tylko wtedy pierwsze pozostaje uczciwe, bo odpowiedzialność, która niczego już nie pozwala zrobić, przestaje być odpowiedzialnością, a staje się usprawiedliwieniem bezczynności.
Mateusz siedział w komorze celnej, kiedy usłyszał wezwanie. Nie w domu po nawróceniu, nie po okresie próbnym. W pracy, przy stole, w środku zajęcia, które czyniło go w oczach sąsiadów człowiekiem skreślonym. Ewangelia mówi krótko: wstał i poszedł. Nie ma tam sceny, w której najpierw staje się kimś godniejszym. Wezwanie zastaje go dokładnie tam, gdzie jest.
Potem przychodzi sprzeciw, i jest to sprzeciw dokładnie tego rodzaju, o którym mowa. Ludzie porządni pytają, dlaczego On siada do stołu z takimi. Uważają, że przeszłość tych ludzi ustala, kto może zasiąść, a kto nie. Odpowiedź brzmi:
„Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.”
Zdrowie nie jest warunkiem wizyty. Jest jej celem. Kto czeka, aż wyzdrowieje, żeby pójść do lekarza, nie rozumie, po co lekarz istnieje. To brzmi banalnie, dopóki nie przyłożyć tego do własnego „najpierw”. Bo właśnie to robię, kiedy chcę przyjść do dobra już naprawiony: chcę wyzdrowieć przed leczeniem, żeby leczenie nie było mi potrzebne.
Trzeba jednak przeczytać ten obraz do końca, żeby nie zrobić z niego czegoś, czym nie jest. Lekarz nie udaje, że choroby nie było. Leczy ją, czyli zajmuje się nią jako czymś rzeczywistym, co miało swój przebieg i zostawiło ślady. Wstanie Mateusza od stołu nie unieważnia tego, co zapisało się w księgach. To, co działo się przy tej komorze, wieczorem nadal jest prawdą. Ewangelia nie mówi, że jego historia zniknęła; mówi, że przestała być ostatnim słowem. To znacząca różnica. Odpowiedź na wezwanie nie kasuje przeszłości, odbiera jej tylko wyłączność.
Warto też zauważyć, kto w tej scenie nie wstaje. Ci, którzy czują się gotowi. Ich poczucie sprawiedliwości nie jest tu przepustką, lecz przeszkodą, ponieważ zdrowy nie szuka lekarza. Gotowość, na którą tak wielu czeka, okazuje się w tej opowieści stanem ludzi, którzy nie odpowiedzieli.
Nie wynika z tego, że wystarczy wstać i wszystko się ułoży. Krok, o którym mowa, jest zwykle mały i mało efektowny. Telefon trwa kilka minut i nie kończy się pojednaniem, tylko trudną ciszą po drugiej stronie. Powrót do porzuconej sprawy zaczyna się od przejrzenia dokumentów, których człowiek unikał, i nie daje żadnej ulgi. Rozmowa, którą trzeba odbyć, nie przynosi rozgrzeszenia od nikogo, kto by mógł je udzielić. Nic z tego nie wygląda jak nowy początek i nie należy tego tak nazywać. Język taniego odrodzenia jest tu równie fałszywy jak język wyroku, tylko że w przeciwną stronę: tam przeszłość miała wszystko, tu miałaby nic.
Prawda leży w niewygodnym miejscu pomiędzy. Nadal jestem winien to, co jestem winien. Nadal pamiętam to, co zrobiłem. I jednocześnie nie muszę najpierw stać się kimś innym, żeby zrobić następną uczciwą rzecz. Gotowość, jeśli w ogóle przyjdzie, przyjdzie w drodze, nie przed nią. Nikt nie wstaje od stołu celnego jako człowiek gotowy. Wstaje jako celnik, który usłyszał swoje imię.
„Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.”
Komora celna zostaje na swoim miejscu. Księgi leżą tam, gdzie leżały. Kto chce, może do nich zajrzeć i przeczytać wszystko, co się w nich zapisało; nikt nie wyrwie ani jednej strony. Ale stół, przy którym siedział ten człowiek, jest teraz pusty, i to jest jedyna rzecz, która się zmieniła. Wystarczyła.
Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.
WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO