Roślina niczego nie ogłasza. Nie ma paska postępu, nie wyświetli trzydziestu siedmiu procent, nie przyśle powiadomienia, że pod ziemią właśnie zaczęło się coś ważnego. Wygląda tak samo w poniedziałek i tak samo dwa tygodnie później. Człowiek zostaje z pytaniem, którego nie ma komu zadać: rośnie czy tylko stoi?
Niedawno, pierwszy raz w życiu, kupiłem do domu kwiaty doniczkowe. Odtąd zaglądam do nich częściej, niż potrzebuje tego roślina, i rzadziej, niż żąda tego niecierpliwość. Ziemia nie tłumaczy się z tego, co robi. Liść nie ma obowiązku niczego mi zgłaszać. Kiedy przez kilka dni nic się nie zmienia, odzywa się we mnie troskliwy inspektor: „No rośnij. Wody ci trzeba?”. I zawsze znajdzie się wtedy jakiś ruch: odrobina wody, donica bliżej okna, ziemia rozgarnięta palcem. Każdy z osobna wygląda rozsądnie. Dopiero razem, jeden po drugim, potrafią zamęczyć to, czemu miały pomóc.
„Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost.”
Najchętniej związałbym własny wysiłek z oczekiwanym rezultatem w jeden prosty rachunek: tyle włożone, tyle wypłacone. Sianie jest realną pracą i kosztuje czas. Podlewanie także. Tyle że w żadnej z tych czynności nie ma klauzuli o terminie, w którym życie ma odpowiedzieć. Termin dopisuję sobie sam.
Najtrudniej to znieść tam, gdzie naprawdę mi zależy. Brak szybkiego efektu przestaje być wtedy zwykłym upływem czasu. Zaczyna brzmieć jak ocena, a chwilę później jak zarzut: skoro niczego jeszcze nie widać, widocznie zrobiłem za mało. Od tego zdania jest już bardzo blisko do zrobienia za dużo.
Na treningu ten sam odruch przebiera się tylko w strój sportowy. Jedna seria więcej wydaje się uczciwsza od odpoczynku, bo zmęczenie czuć natychmiast, a regeneracja pracuje bez świadków. Mój trener przekonywał mnie długo, że regeneracja jest częścią treningu, a nie przerwą w nim. A nic tak dobrze nie wpływa na pamięć jak dodatkowe serie na nogi. Ciało nie robi się jednak silniejsze od samego zmęczenia, tak samo jak roślina nie rośnie szybciej od coraz bardziej mokrej ziemi.
Ruch ma tę przewagę, że płaci od razu: zrobiłem, mam za sobą. Czekanie nie płaci prawie niczym, czym dałoby się pochwalić. A przetrzymać trzeba właśnie tę porę, w której wysiłek nie wrócił jeszcze w żadnej widocznej postaci, a rzecz ważna zdążyła stracić blask nowego początku i stać się po prostu zwyczajna: ta sama doniczka, ten sam trening, kolejny dzień bez fanfar.
Dopiero ta zwyczajność pokazuje, na czym naprawdę polega mój problem. Nie chodzi wyłącznie o brak rezultatu. Brakuje mi potwierdzenia, że wybrałem dobrze. Chciałbym, żeby uczciwa praca możliwie szybko przybijała pieczątkę pod moją decyzją. Kiedy tego nie robi, dokładam ruchów, jakby pewność dawała się wymusić ilością starań.
„Bóg dał wzrost.”
To zdanie sprowadza odpowiedzialność do jej własnych granic i nie daje przy tym taryfy ulgowej. Mam zasiać to, co ma zostać zasiane. Podlać to, co rzeczywiście potrzebuje wody. Poprawić własny błąd, kiedy błąd naprawdę się pojawił. Nie mam rozkopywać ziemi tylko po to, żeby uciszyć lęk, że moja praca mogła nie wystarczyć.
Samo czekanie nie jest jeszcze pokorą, tak jak zajęte ręce nie są jeszcze odpowiedzialnością. Swoją część mam wykonać porządnie i nikt nie odrobi jej za mnie. Trudniejsza wierność zaczyna się dopiero potem: kiedy godzę się, żeby dobra rzecz dojrzewała także wtedy, gdy nie dostarcza mi codziennych dowodów na to, że istnieje.
Chcę się więc uczyć prostszej miary niż ilość starań. Podlać, kiedy ziemia jest sucha. Odstawić konewkę, kiedy jest mokra. I nie brać ruchu wokół doniczki za życie, które po cichu toczy się w środku.
Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.
WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO