RAPORT Z POLA WALKIMATEUSZ OCHMAN

POKORA · PRAWDA · ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Smuga na własnych szkłach

Nie muszę być czysty, żeby nazwać szkodę. Muszę wiedzieć, przez co na nią patrzę.

Smugę na cudzych okularach widzę z drugiego końca stołu. Własną potrafię nosić od rana do wieczora i uznać, że świat jest tego dnia lekko zamglony z powodu pogody.

Nie dzieje się tak dlatego, że jestem niedbały. Dzieje się tak, ponieważ rzecz leżąca zawsze w tym samym miejscu przestaje być widoczna i zaczyna być tłem. Oko szybko przywyka do przeszkody, która się nie rusza. Po godzinie mgła przestaje być smugą na szkle i staje się właściwością rzeczy, na które patrzę. Żeby to sprawdzić, musiałbym zdjąć okulary i obejrzeć je z zewnątrz, a to wymaga przerwania tego, co właśnie robię.

Cudzy błąd ma nad moim tę samą przewagę. Zdarza się przede mną, w polu widzenia, ma początek i sprawcę. Mój udział w tej samej sprawie leży bliżej, niż sięga ostrość wzroku. Zobaczenie go wymaga zatrzymania, cofnięcia się o kilka zdań i pytania, które nikomu nie sprawia przyjemności. Cudzy błąd jest zdarzeniem, własny jest okolicznością, w której to zdarzenie nastąpiło. Zdarzenie widzi się od razu. Okoliczności trzeba szukać, a szukanie ma tę wadę, że można je w każdej chwili przerwać bez żadnych następstw.

Pewność własnego punktu widzenia nie wygląda od wewnątrz jak pewność. Wygląda jak przejrzystość. Nie mam poczucia, że patrzę przez coś. Mam poczucie, że po prostu widzę, i to poczucie rośnie z każdym rokiem spędzonym w jednym miejscu. Koszt tej pewności płaci się z opóźnieniem. W chwili, gdy nazywam czyjś błąd z całą ostrością, wydaje mi się, że stoję na twardym gruncie. Stoję na własnej perspektywie, której nikt nie sprawdzał, bo nie wiedziałem, że jest do sprawdzenia.

Mam w tym wprawę i nie chcę udawać, że nie mam. Cudzą pomyłkę potrafię nazwać jednym zdaniem, w dobrze dobranym tonie, zanim tamten człowiek skończy mówić. Znam przyjemność tego momentu: przez chwilę jestem tym, który widzi, a druga osoba tym, komu trzeba coś pokazać. Ta pozycja jest wygodna i jest jednocześnie miejscem, z którego widzi się najgorzej, bo utrzymanie jej wymaga, żeby nie oglądać się na siebie. Z latami ta łatwość tylko rośnie. Argumenty mam pod ręką, wyjątki dla siebie rozdaję bez namysłu, a rozmowa o czyimś błędzie kosztuje mnie mniej niż kiedykolwiek. To jest podejrzane. Rzeczy, które robi się coraz taniej, rzadko robi się coraz lepiej.

„Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj?”

— Łk 6, 39

Niewidomy w tym zdaniu nie jest człowiekiem, który niczego nie wie. Jest człowiekiem, który nie widzi własnego stanu, a mimo to prowadzi. Idzie pewnie właśnie dlatego, że nie ma pojęcia o przeszkodzie, i ta pewność nie chroni nikogo. Dół jest wspólny. Nie istnieje wersja, w której mój błąd oceny szkodzi tylko temu, kogo oceniam, a mnie zostawia bezpiecznie na brzegu. Kto prowadzi, wpada razem z prowadzonym, tylko o krok wcześniej.

Drzazga w cudzym oku i belka w moim są dalszym ciągiem tego samego obrazu. Belka nie odbiera mi prawa do mówienia o drzazdze na zasadzie, że kto sam ma wadę, ten milczy. Robi coś prostszego i gorszego. Przesuwa mi obraz. Przez belkę drzazga wygląda większa, niż jest, albo leży w innym miejscu, niż myślę, albo należy do kogoś, na kogo akurat mam ochotę patrzeć. Diagnozę cudzego oka stawiam własnym okiem, a w moim jest coś, o czym nie wiem.

Tu czeka fałszywa wersja pokory. Skoro nigdy nie będę widział czysto, mogę uznać, że nie mam prawa mówić o niczyjej drzazdze, i zamilknąć z poczuciem, że jestem skromny. To nie jest skromność. To jest wycofanie, które ma kogoś, komu się opłaca, i tym kimś jestem ja, bo milczenie oszczędza mi rozmowy, po której ktoś mógłby odpowiedzieć tym samym. Człowiek, którego skrzywdzono, nie ma żadnego pożytku z mojej powściągliwości. Szkoda wyrządzona komuś konkretnemu zostaje szkodą niezależnie od stanu mojego oka, a autorefleksja, która kończy się wnioskiem, że nie mnie o tym mówić, przestaje być autorefleksją i staje się wymówką, żeby nie robić tego, co trudne.

Zdanie o belce nie każe zostawić drzazgi. Ustawia kolejność. Najpierw sprawdzam, przez co patrzę, potem mówię, i mówię wtedy z większą ostrością, nie z mniejszą. Pokora wobec własnego spojrzenia nie odejmuje mi zdania, które trzeba powiedzieć. Zmienia sposób, w jaki je wypowiadam: nazywam czyn, nie człowieka, mówię tyle, ile naprawdę widzę, i zostawiam miejsce na to, że ktoś za chwilę pokaże mi smugę na moim własnym szkle.

„Czy może niewidomy prowadzić niewidomego?”

— Łk 6, 39

Nie chcę odpowiadać na to pytanie za innych. Chcę je mieć przed sobą za każdym razem, gdy zaczynam kogoś prowadzić, a prowadzę zawsze wtedy, gdy mówię drugiemu, gdzie popełnił błąd. Zanim powiem, co on zrobił źle, chcę wiedzieć, co moja belka robi z moim widzeniem: co powiększa, co zasłania i czyją stronę bierze bez mojej wiedzy. To nie odbiera mi zdania, które muszę powiedzieć. Odbiera tylko ton, w jakim chciałbym je powiedzieć.

[ RAPORTY BEZ PILNOWANIA DAT ]

Nie przerywam tekstu paywallem. Zostawiam tylko najprostszą drogę do następnego Raportu.

ODBIERAJ KOLEJNE RAPORTY
[ MOŻESZ DOŁOŻYĆ SIĘ DO NASTĘPNEGO RAPORTU ]

Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.

WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO