RAPORT Z POLA WALKIMATEUSZ OCHMAN

POKORA · STRATA · WIERNOŚĆ

Zabrał ten sam, który dał

Nie muszę udawać, że nie boli. Nie muszę też oddawać stracie podpisu pod całym życiem.

Na kółku z kluczami zostaje czasem jeden, który nie otwiera już niczego. Do biura, którego firma nie wynajmuje. Do mieszkania, które zmieniło właściciela. Do bramy, za którą nie ma już nikogo, kto by na ten dźwięk wyszedł. Ręka go nie odróżnia. Wyjmuje go z kieszeni razem z resztą, przekłada między palcami przy szukaniu właściwego, czasem wsuwa w zamek i dopiero opór zamka przypomina, że to nie ten. Nikt go nie wyrzuca, bo nie wiadomo, jak wyrzuca się klucz. Zostaje więc w codziennym ruchu jako mały, metalowy dowód, że strata nie kończy się z chwilą, w której wydarzyła się do końca.

Pierwsze tygodnie mają swój własny porządek i nie chcę o nich pisać, bo nie ma w nich miejsca na rozróżnienia. Piszę o czasie, który przychodzi później, kiedy szok już się rozpuścił, a strata wciąż jest tym, przez co człowiek czyta siebie i wszystko, co mu zostało. Rachunek, który ktoś w tym czasie wystawia sobie na sobie, wygląda zwykle tak: byłem tym, co miałem, tego już nie mam, więc tyle jestem wart. Arytmetyka jest prosta i dlatego tak trudno wyjść z jej wyniku.

Wyjścia, które nasuwają się jako pierwsze, są dwa i oba są fałszywe w ten sam sposób.

Pierwsze polega na umniejszeniu. Nie było aż tak ważne. Inni tracili więcej. Trzeba iść dalej, bo życie nie czeka. Każde z tych zdań ma w sobie ziarno zdrowego rozsądku i każde, wypowiedziane za wcześnie, robi to samo: ucina prawdę o wielkości rzeczy, która została zabrana, żeby ból zmieścił się w dopuszczalnym rozmiarze. Człowiek, który tak mówi, nie kłamie z zewnątrz. Kłamie w sprawie, o której sam wie najwięcej, i ta wiedza nie znika od pomniejszenia. Wraca w postaci ciężaru, którego nie potrafi nazwać, bo sam odebrał mu nazwę.

Drugie wyjście wygląda na przeciwieństwo, ale idzie tą samą drogą. Ból zostaje uznany w pełni, może nawet z ulgą, i natychmiast dostaje podpis pod całością. Jestem człowiekiem, który to stracił. Tak się przedstawia w myślach, tak układa każdą rozmowę, tak tłumaczy sobie własne decyzje i ich brak. Strata przestaje być zdarzeniem w życiu i staje się jego autorem. Wszystko, co zostało, czyta się odtąd jako resztę, a reszta nie zasługuje na to, żeby o nią dbać.

Błąd jest w obu przypadkach ten sam. W obu strata dostaje prawo decydowania o wartości człowieka. W pierwszym decyduje w dół, żeby wartość ocalić, więc ból trzeba zmniejszyć. W drugim decyduje w górę, bo skoro ból jest prawdziwy, to musi być prawdziwy także wyrok. Nikt jednak nie sprawdził, czy ta rzecz, choćby najważniejsza, kiedykolwiek miała takie uprawnienie. Miała ogromną wagę. Waga nie jest tym samym co prawo do podpisu.

Hiob traci w jeden dzień dobytek, ludzi, którzy dla niego pracowali, i dzieci. Nie chcę tej sceny uładzać ani czynić z niej lekcji, bo nie po to została zapisana. Zanim cokolwiek powie, Hiob wstaje, rozdziera szaty, goli głowę i pada na ziemię. To jest jego pierwsza odpowiedź i jest ona w całości gestem żałoby, takim, jaki znała jego kultura, bez żadnego pomniejszania. Nie było mu wolno od razu znaleźć w tym sensu i nie szuka go. Rozdarta szata nie jest znakiem, że ktoś sobie poradził. Jest znakiem, że coś zostało rozdarte naprawdę.

Dopiero z ziemi padają słowa.

„Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!”

— Hi 1, 21

Czytam to zdanie ostrożnie, bo łatwo zrobić z niego to, czym nie jest. Nie jest nakazem, żeby błogosławić w chwili krzywdy. Nie jest wyjaśnieniem, dlaczego Hioba spotkało to, co go spotkało; on sam do końca księgi nie usłyszy wyjaśnienia i tekst z rozmysłem mu go nie podaje. Nie jest też wzorem odporności, którą można by przedstawić komuś w żałobie jako poprzeczkę. Jest raczej opisem tego, co w jednym człowieku zdołało pozostać razem: pełna miara straty, wyrażona ciałem, i odniesienie do Kogoś, kto jest większy od straty. Hiob nie pomniejsza tego, co zabrane. Nie oddaje też temu, co zabrane, ostatniego słowa o sobie.

Dostał i nie miał. Miał i nie ma. Między jednym a drugim był cały człowiek, i po drugim wciąż jest cały człowiek. Na tym polega różnica między tym, co się posiada, a tym, kim się jest, i strata tę różnicę wyostrza, bo do tego momentu można ich było nie rozdzielać. Dopóki rzecz jest, można sobie mówić, że to ona mnie stanowi. Kiedy jej nie ma, okazuje się, że ktoś tu stoi bez niej, w rozdartej szacie, na ziemi, i że to nadal ktoś.

Godność nie jest nagrodą za dobrze przeprowadzoną żałobę. Nie rośnie od tego, ile człowiek zniósł, i nie kurczy się od tego, ile mu odebrano. Gdyby rosła i kurczyła się razem z tym, co posiadamy, każda strata byłaby rzeczywiście wyrokiem i obie fałszywe drogi miałyby rację. Ona jest jednak wcześniej niż wszystko, co można stracić, dlatego może wytrzymać stratę, nie udając, że jej nie było.

Ból ma więc miejsce i wolno mu je zająć na tyle długo, ile potrzebuje. Nie ma natomiast tytułu do całości. To, co pozostało, nie jest resztą po rzeczy głównej. Jest życiem, które nadal należy do kogoś i nadal wymaga, żeby ktoś je prowadził: ludzie, którzy zostali, praca, która czeka, dzień, który zaczyna się jak zwykle, choć w środku nic nie jest jak zwykle. Można to prowadzić z bólem w ręku. Ludzie robią to od zawsze i nie ma w tym żadnej pociechy poza jedną: to wciąż jest ich życie, nie życie ich straty.

„Dał Pan i zabrał Pan.”

— Hi 1, 21

Klucz może zostać na kółku. Nie musi zostać wyrzucony, żeby dom, do którego prowadzą pozostałe, przestał być domem tylko z rozdzielnika. Ręka nadal będzie go czasem wyjmować i wsuwać w niewłaściwy zamek. To jest prawda o tym, co się stało. Obok niej jest druga, równie twarda: ta ręka nadal otwiera drzwi.

[ RAPORTY BEZ PILNOWANIA DAT ]

Nie przerywam tekstu paywallem. Zostawiam tylko najprostszą drogę do następnego Raportu.

ODBIERAJ KOLEJNE RAPORTY
[ MOŻESZ DOŁOŻYĆ SIĘ DO NASTĘPNEGO RAPORTU ]

Jeśli ten raport był wart Twojego czasu, możesz pomóc mi przeznaczyć czas na kolejny.

WESPRZYJ PRZEZ BUYCOFFEE.TO